Kijow, Kijow

Jeszcze przy okazji toastu na spotkaniu we Lwowie w lipcu 2001 roku zapytałem Anatola Święcickiego, kiedy to on zorganizuje podobny zjazd lekarzy polskich. Anatol trochę zwlekał z odpowiedzią, w końcu zapowiedział spotkanie w Kijowie w październiku tegoż roku. Na sympozjum w Tucznie w następnym roku dowiedziałem się, że trochę się to wszystko przesuneło i spotkanie takie jest planowane w październiku 2002 roku, przy czym dokładna data pozostaje do określenia. Zaproszenia zostaną rozesłane odpowiednio wcześniej. Z początkiem września dostaję telefon z Kijowa, że spotkanie jest, nosi tytuł „Wiek XXI a zawód lekarski” odbywa sie za dwa tygodnie, mam przyjechać. Przyjeżdża autobusem duża delegacja z Naczelnej Izby Lekarskiej, mogę się dołączyć. Nie pomogły wymówki, że dyżury, że krótkoterminowe zawiadomienie, że daleka droga, że bezpośrednie połączenie do Kijowa to 1200 $, co znacznie przekracza mój fundusz wyjazdowy. Anatol powiedział, że moja obecność jest konieczna, planowane jest zebranie wyborcze. Przesunąłem więc dyżur, wziąłem urlop, i zadzwoniłem do Naczelnej Izby Lekarskiej, żeby zapytać, jak wygląda sprawa z tym autobusem. Początkowo nikt nie wiedział o co chodzi (NIL to duża organizacja :), w końcu okazało się, że całą sprawą zajmuje się kolega Makuch. Nawet dostałem numery jego dwóch telefonów komórkowych, pod ktorymi miał być osiągalny. Następne dwa dni zajęło mi wysłuchiwanie wiadomości „abonent jest czasowo nieosiągalny, prosimy zadzwonić później” . Sekretarz NIL , pracujący dodatkowo zawodowo (Krzysztof Makuch jest ginekologiem) , jest człowiekiem zajętym. W końcu udało mi się, pomiędzy dwoma pacjentkami, dopaść Krzysztofa, który nawet się ucieszył, ze chcę jechać z nimi. Proszę bardzo, miejsce jest, tam i z powrotem 300 zł. Cena może się zwiększyć lub zmniejszyć, w zależności od ilości uczestników. Wyjazd o piątej rano, przyjazd do Kijowa ok. 22, istnieje możliwość przenocowania w Warszawie. Z lotem Frankfurt -Warszawa i z powrotem było to o połowę tańsze niż bezpośrednie połączenie, więc się długo nie namyślałem i wybrałem tą drogę. Okazało sie to dobrą decyzją, bo w autobusie zebrało się doborowe towarzystwo i te 15 godzin w jedną i w drugą stronę przeszło znacznie szybciej niż się spodziewałem.
Dojechaliśmy do Kijowa poźnym wieczorem w czwartek i od razu trafiliśmy prawidłowo do podkijowskiego ośrodka pólsanatoryjnego w Kapitanówce, gdzie miała się odbywać konferencja. Kolacja na nas już czekała , potem nastapiły pierwsze spotkania z ukraińskimi kolegami, pierwsze rozmowy. Zainteresowanie działalnością Federacji duże, dobrze że przyjechałem, bo okazało się, że jestem jednym przyjezdnym z zachodu. Za to grupa lekarzy z Polski była bardzo dobrze reprezentowana, łącznie ok. 30 osób.
W piątek odbyła się ta część referatowa, w której przede wszystkim występowali polscy goście. Rozpoczęło ją wystąpienie Krzysztofa Makucha, „Program współpracy Samorządu Lekarskiego w Kraju ze środowiskiem lekarzy polonijnych”. W następnej kolejności przedstawiłem tematykę.: „Możliwości udziału w programach medycznych i edukacyjnych Uni Europejskiej a współpraca polonijnego środowiska medycznego”. Pani dr. Krystyna Radecka z Biura Rozliczeń Międzynarodowych przedstawiła problematykę integracji slużby zdrowia w Unii Europejskiej, prof. Leszek Wdowiak prywatyzację opieki zdrowotnej w Polsce, dr. Bozena Pietrzykowska omówiła rolę lekarza rodzinnego w modelu psychiatrycznej opieki zdrowotnej, dr Włodzimierz Szepielow komputerową elektroniczną kartę zdrowia, dr Tadeusz Zajączkowski zastosowania technologii internetowych i informatycznych w slużbie zdrowia a prof. Anatol Święcicki historię lekarzy polskich w Kijowie.
Wieczorem niespodzianka – grupa polska została zaproszona do Ambasady polskiej w Kijowie. Tam między innymi spotkałem p. Szostaka, byłego i zasłużonego konsula polskiego w Grodnie, o ktorym dużo dobrego słyszałem od Kazimierza Jodkowskiego. Aktualnie p. Szostak jest pełnomocnikiem ministra spraw zagranicznych do rozbudowy polskich konsulatów w Charkowie i Odessie. W związku z wejściem Polski do Unii Europejskiej i przejściem na system wizowy z Ukrainą, jest to projekt priorytetowy. Oczekuje sie dużego naporu na konsulaty, szczególnie we wstępnym okresie wydawania wiz. Budynek ambasady w miarę nowy, robi trochę wrażenie twierdzy, może przez zwoje drutu kolczastego na dachu. W środku jednak bardzo sympatyczna atmosfera, widać, że gospodarze są profesjonalnymi dyplomatami.
W sobote polscy goście wybrali się na wycieczkę po Kijowie, ja muszę zostać. Przed południem planowane jest zebranie wyborcze Polskiego Towarzystwa Lekarskiego na Ukrainie. Byly sugestie, że ma to być zebranie zjednoczeniowe, przyjechała Ewelina Hrycaj ze Lwowa i Aleksander Pułyk z Użogorodu. W rozmowach kuluarowych okazalo się jednak, że zjednoczenie związków lekarzy polskich na Ukrainie przy okazji tego spotkania nie będzie możliwe.
Zostałem zaproszony przez Anatola Święcickiego do otwarcia zebrania wyborczego, wykorzystałem okazję do przedstawienia działalności Federacji (która, jak sie okazało jest m.in. dzięki aktywności prezentacyjnej i biuletynowi dobrze znana) i do przedstawienia programu V Kongresu Polonii Medycznej w Katowicach. Opowiedziałem również o naszych staraniach wspólnie z komitetem organizacyjnym o stypendia dla m.in. uczestników z Ukrainy. Tych stypendiów będzie na pewno mniej niż na poprzednim kongresie, inna jest sytuacja polityczna i gospodarcza. Tym niemniej duże zainteresowanie, przed wyjazdem przekazano mi wstępną listę ok. trzydziestu kolegów z Ukrainy, planujących przedstawić wystąpienie na kongresie.
W następnej części spotkania odbyły się wybory, prezesem Polskiego Stowarzyszenia Medycznego na Ukrainie został ponownie wybrany profesor Anatol Święcicki. Przygotowany został statut organizacji, planowana jest rejestracja związku.
Wieczorem wspaniały bankiet fundowany przez firmy sponsorujące konferencję. Bez takich firm zorganizowanie spotkania jest niemożliwe, tutaj duże uznanie dla Anatola Święcickiego za wysiłek włożony w organizację. Związek Polaków na Ukrainie dał do dyspozycji swój zespół , popłynęły wspaniałe piosenki polskie i ukraińskie. W miarę wypitych trunków ujawniły się na sali osoby z talentem piosenkarskim robiąc prawdziwą konkurencję zespołowi.
Następnego dnia rano o godzinie piątej wyjazd. Pożegnanie z gospodarzami, miejscowym zwyczajem dostajemy na drogę suchy prowiant, który potem bardzo się przydał.
Jedziemy tym razem nieco inną drogą, planujemy krótkie zatrzymanie się w Żytomierzu. Jest to główny ośrodek Polonii na Ukrainie, jest tam rownież aktywny związek lekarzy polskich. Z nami jedzie dwóch kolegów, których zabieramy ze zjazdu i którzy, jak się potem okazało, zostali naszymi przewodnikami po tej interesującej okolicy.
Z Kijowa do Żytomierza to ok. 100 km, tym niemniej przyjeżdżamy ok. godziny siódmej. Zajechaliśmy najpierw pod Dom Polski imienia Ignacego Paderewskiego (patrz fotoreportaż). Budowa ośrodka została sfinansowana przez Wspólnotę Polska,była to na pewno dobra inwestycja.
Towarzystwo troche zgłodniało, i niektórzy chcieli już rozpakowywać suchy prowiant, ale się okazało że koledzy w Żytomierzu już dla nas przygotowali śniadanie w hotelu. Sniadanie przypominalo troche stary dowcip o kowboju z Kentucky . Nie pamiętacie ? No więc przypomnę : Sniadanie kowboja z Kentucky składa sie kotleta, butelki whisky i psa mysliwskiego.
Po co pies mysliwski ? A kto by zeżarł kotlet.
No więc po takim przygotowaniu zwiedzanie Żytomierza nie ograniczyło się tylko do pamiątek polskich, w tym zabytkowego cmentarza (patrz fotoreportaż) ale rownież do miejscowego bazaru. Ceny alkoholu wydawały się nam szczególnie niskie. Jestem co prawda niepijący, ale zakupilem butelke zytomirskiej i ukrainskoj z piercom :-).
Mam je do dzisiaj, i jeżeli ktoś z was do mnie wpadnie, to nie omieszkamy wypić kieliszka za zdrowie kolegów z Żytomierza. Nawiasem mówiac, jednemu z nich, 30-letniemu ordynatorowi oddziału noworodków udało się w miedzyczasie, dzięki pośrednictwu nizej podpisanego i uprzejmości Zenka Rudzkiego i Ryszarda Poręby, odbyć miesięczny staż na oddziale położniczym Szpitala w Tychach. Nie mam jeszcze feedbacku, ale mam nadzieje, ze ku zadowoleniu obu stron.
Tak gdzieś koło jedenastej wpadłem w panikę – jeżeli będziemy dalej tak skutecznie zwiedzali Żytomierz to nie zdążę na samolot z Warszawy. Ryzykując uznanie za nieuprzejmego, zainicjowałem zakończenie zwiedzania Żytomierza i powrót do autobusu. Dalsza jazda odbywała się pod wyraźnym wpływem naszego pobytu w Żytomierzu. Kierownik wycieczki zarządził śpiewanie, pewna część zapasów alkoholu nie dotarła do granicy polsko-ukraińskiej, co może i było korzystne dla kontroli celnej.
Przybyliśmy do Warszawy około pierwszej w nocy, samolot miałem o szóstej z Okęcia, a więc moje przyśpieszanie okazało się niepotrzebne. Ale z drugiej strony kto wie – a nuż weszlibyśmy w inną czasoprzestrzeń i opożnienie by się zwiekszyło a może nawet zmniejszyło 🙂

Kuba Bodziony